Ten rok był rokiem komarów. Gdyby nie moskitiery nie pisałbym tych słów. Tak się złożyło, że mieszkam w prześlicznym ogrodzie usadowionym wśród stawów rybackich.
Patrząc z góry widać bajkową krainę wiecznie zieloną i kwitnącą. Moskitiery uratowały mi życie, ponieważ oprócz bajkowej krainy pełnej kwiatów i trawy, komary miały praw raj. Stawy i zieleń ogrodu powodowała, że te małe insekty chcąc urządzić sobie na mnie prawdziwą ucztę. Wszystkie reklamowane środki zawodziły. Insekty bardzo szybko uodparniały się na dany środek, można powiedzieć, że mutowały. W pewnym momencie człowiekowi brakowało rąk do odpędzania. O ile problem w ciągu dnia można było załatwić stosownym ubraniem, i w miarę szybkimi ruchami rąk, które z biegiem czasu mogły nawet przerodzić się w tik nerwowy, to w nocy jedynym ratunkiem były moskitiery. Te małe insekty odbijały się od moskitiery jak piłka od ściany na placu do zabaw. Rano po przebudzeniu można było zastać prawdziwy cmentarz tych małych owadów. Czasami wydawało mi się że to okrutne; insekty zwabione moją krwią rozbijały się o moskitiery nieświadome swojego losu. Jednak po zastanowieniu: dobrze im tak.
Brak komentarzy.
Dodawanie komentarzy zostało zablokowane.